loader image

Sławomir Grzymkowski jako Venticello, „Amadeusz”

fot. Tomasz Ostrowski

ROZMOWA NA KONIEC SEZONU

Po zakończeniu sezonu teatralnego 2021/2022 w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, rozmawiałem ze Sławomirem Grzymkowskim.

Tomasz Ostrowski: Sezon teatralny 2021/2022 w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, pomimo pracy w cieniu pandemii, przyniósł realizację sześciu premier, bardzo dobrze odbieranych przez widzów. Niewątpliwymi hitami tego sezonu okazały się „Sztuka Intonacji” oraz „Amadeusz” wyreżyserowane przez Annę Wieczur. 

Sławomir Grzymkowski: Z jakości naszej pracy bardzo się cieszymy, bo to jest najważniejsze. To jest nasz priorytet, kiedy przystępujemy do każdego nowego zadania. Myślimy o tym, żeby stworzyć jak najlepsze dzieło, jak najlepsze przedstawienie i żeby się to też przekładało na frekwencję widowni. I tak na szczęście jest w tym wypadku. Tych premier było sześć, w związku z tym duża część zespołu była zaangażowana w ich przygotowanie. Pandemia na pewno była utrudnieniem, ale obostrzenia stopniowo łagodniały, ograniczenia w coraz mniejszym stopniu dotyczyły naszej pracy, nie musieliśmy się już spotykać wirtualnie, mogliśmy odbywać normalnie próby. Do pewnego momentu mieliśmy obowiązkowe testy, więc byliśmy zabezpieczeni i udawało się chronić zespół.

W dobiegającym końca sezonie 2021/2022 uczestniczyłeś w przygotowaniu dwóch premier: „Sztuce intonacji” opartej o tekst Tadeusza Słobodzianka (premiera 8 stycznia 2022) oraz „Amadeuszu” na podstawie dramatu Petera Shaffera (premiera 8 lipca 2022). Czy „Sztuka intonacji” to było pierwsze Twoje spotkanie z Anną Wieczur?

W pracy scenicznej tak, ale wcześniej spotkaliśmy przy czytaniu w Laboratorium Dramatu. Czytanie zostało zarejestrowane i było prezentowane na kanale You Tube Laboratorium Dramatu. Potem pomiędzy „Sztuką intonacji” a „Amadeuszem” Anna Wieczur zaprosiła mnie do Teatru Polskiego Radia. Realizowaliśmy wtedy „Marię Stuart” Juliusza Słowackiego. Mam poczucie, że w tej pracy polubiliśmy się i jest pewna nić porozumienia między nami, dużego wzajemnego zaufania. Dlatego ta współpraca bardzo dobrze się nam układa.

Z naszych wcześniejszych rozmów zapamiętałem, że w teatrze najbardziej interesuje cię możliwość aktywnego uczestniczenia w procesie twórczym spektaklu.

Tak. I to się nie zmieniło. Ania pozwala na takie uczestnictwo. Jest partnerką i dopuszcza aktora do partnerstwa w budowaniu roli, ale też proponowania pomysłów na postać czy pomysłów na rozwiązywanie scen. Tak było przy ostatniej premierze „Amadeusza”, jak i wcześniej w trakcie prób do „Sztuki intonacji”. Naszej pracy towarzyszyło ogromne zaufanie i wiara reżyserki w aktora, że aktor poprowadzi swoją rolę w takim kierunku, w jakim ona tego oczekuje. To się sprawdziło w pracy. Przy „Amadeuszu” Ania praktycznie dała mi i Łukaszowi Lewandowskiemu wolną rękę w konstruowaniu naszych postaci Venticellich. Oczywiście ona czujnie dba o to, żeby to nie wymknęło się z pewnych ram. Bardzo często zgadzała się na nasze propozycje. To jest przyjemna i satysfakcjonująca praca, jeżeli pomysły aktorskie są realizowane, jeśli możemy sobie naprawdę te fantazje rozniecić i je realizować.

Przy produkcji „Amadeusza” Anna Wieczur do głównych ról zaprosiła aż pięciu aktorów biorących udział w „Sztuce intonacji”. Mam na myśli Adama Ferencego, Łukasza Lewandowskiego, Modesta Rucińskiego, Barbarę Garstkę i Ciebie. Do roli Mozarta zaproszony został spoza zespołu teatru Marcin Hycnar. Ale i z nim Anna Wieczur współpracowała wcześniej przy czytaniach w ramach Laboratorium Dramatu. Świadczy to o dużym zaufaniu reżyserki do tej grupy aktorów.

Myślę, że to jest naturalne po współpracy, która była bardzo udana, o której możemy mówić, że jest sukcesem artystycznym i frekwencyjnym, bo „Sztuka intonacji” jest spektaklem bardzo dobrze przyjętym przez żywo reagującą i zawsze pełną widownię.

Pamiętam, że przed premierą istniały obawy, czy treści zawarte w tej sztuce nie okażą się zbyt hermetyczne dla szerokiej publiczności.

Tak, wydawało się nam, że to jest zbyt branżowy temat. Były takie obawy, ale robiliśmy wszystko, żeby jednak tę historię opowiedzieć w sposób, który będzie ciekawy dla widza, nawet niewtajemniczonego w tajniki teatru. Myślę, że opowiadamy nie o Grotowskim, Kantorze, Flaszenie, czy innych artystach, tylko opowiadamy po prostu o ludziach, którzy mają pasje, którzy poświęcili swoje życie sztuce. I myślę, że na tym poziomie jest to komunikatywne i ludzie oglądają to z zaciekawieniem, a przy okazji jest to oczywiście sytuacja głęboko teatralna. Mówię o historii, o tych konkretnych postaciach.
Ta współpraca z Anią była na tyle udana, że podchodząc do nowego spektaklu, zaproponowała nam udział w Amadeuszu. Jeżeli jest porozumienie, wspólne myślenie o teatrze, o tym co robimy, to można w pewien sposób skrócić cały proces twórczy. Pierwotnie była brana pod uwagę zupełnie inna konfiguracja obsadowa. Ale po „Sztuce intonacji” uległa ona zmianie i nabrała takiego kształtu jaki był na premierze. To też wynikało z faktu, że nie mieliśmy dużo czasu na ten dosyć skomplikowany projekt. Udało się nam w niecałe dwa miesiące przygotować spektakl. A był on bardzo trudny logistycznie, bo musieliśmy wszystko zgrywać z muzyką na żywo.

Anna Wieczur po raz kolejny udowodniła, że jest bardzo sprawną i wszechstronną reżyserką. Reżyseruje w teatrach dramatycznych i muzycznych. Pomiędzy „Sztuką intonacji” a „Amadeuszem” przygotowała w Operze Bałtyckiej wielką inscenizację „Aidy”. Jej doświadczenia zaowocowały w sprawnym przygotowaniu spektaklu „Amadeusz”, w którym na scenie pojawia ogromny zespół: trzynaścioro aktorów, szesnaścioro solistek i solistów operowych oraz czterdziestoosobowa orkiestra. 

Tak, Ania ma doświadczenie w pracy nad dużymi muzycznymi spektaklami i to zaowocowało w pracy przy Amadeuszu. To jej pozwoliło spoić cały ten projekt. Pracowała w sposób bardzo precyzyjny. Widać było, że ma wizję tego, co chce osiągnąć. Scalić muzyków i solistów razem z aktorami.

Niewątpliwą trudnością w przygotowaniach była konieczność synchronizacji aktorów z muzyką. W scenach Anna Wieczur wykorzystuje trzydzieści dwa fragmenty utworów Mozarta. Istotne dla spektaklu są proporcje, aby zarówno głos aktorów, jak i muzyka, docierały do widza.

To o czym powiedziałeś to było trudne przedsięwzięcie. Teatry technicznie nie są przygotowane do takich rzeczy. Ja na przykład nie lubię mikroportów, ale one są oczywiście konieczne w takim przedsięwzięciu i chyba dobrze się sprawdzają. Ale to już jest zasługa naszych doświadczonych ludzi. Mam tu na myśli naszych dźwiękowców, którzy pracują przy muzycznych projektach w Teatrze Dramatycznym.

Skąd się wzięła ta wielka orkiestra na scenie? Jak zostali dobrani muzycy?



Orkiestra została stworzona w wyniku ogromnego castingu, na który zgłosiło się ponad 400 muzyków z całej Polski. Jacek Laszczkowski, który jest dyrygentem i szefem muzycznym tego przedsięwzięcia, wraz z pierwszym skrzypkiem dokonali wyboru muzyków po kilku etapach przesłuchań. Uważam, że to są niezwykle uzdolnieni młodzi ludzie z nieprawdopodobną energią, pragnieniem pracy i poznania czegoś nowego. Dla zespołu aktorskiego, ale również dla zespołu muzycznego, czyli dla instrumentalistów i dla solistów, było to bardzo ciekawe spotkanie. Spotkały się dwa światy, bo jednak praca w operze ma inny charakter. Muzycy mają inny styl pracy. Są bardzo zdyscyplinowani. Teatr jest bardziej otwarty na improwizacje. Muzycy, chociaż są podporządkowani dyrygentowi i partyturze, którą mają przed sobą, jednak z ciekawością przyglądali się różnym naszym propozycjom. Bardzo często żywo reagowali na tych próbach, na to, co się dzieje na scenie. A my mogliśmy patrzeć z fascynacją na to, w jak piękny sposób grają i śpiewają, i jak muzyka w pewien sposób wnika też w postaci tego przedstawienia.

Soliści nie tylko śpiewają solo, ale są chórem, aktywnie uczestniczą w akcji scenicznej.

I robią to fantastycznie. Opera ma przewagę nad teatrem. Może pozwolić sobie na rozmach. Budżety teatralne i operowe są nieporównywalne. Jesteśmy ubogimi krewnymi opery.

Tutaj śpiewacy – soliści operowi jeszcze tańczą.

Tak, dali się namówić na to, żeby tańczyć. Mają po prostu zadania aktorskie, grają w scenach aktorskich. To dla nich było bardzo ciekawe, i wydaje mi się, że rozwijające i inspirujące. Są przecież aktorami operowymi. Jesteśmy zachwyceni nimi, ich zaangażowaniem i tym że, weszli na sto procent we wszystko o co Ania poprosiła.

Zdarza się w spektaklu, że Amadeusz aktor, zmienia się z Amadeuszem dyrygentem orkiestry.

Taki był pomysł, żeby Marcin Hycnar, grający Amadeusza, podmieniał się z dyrygentem przebranym za Amadeusza, żeby cały czas sugerować, że Mozart dyryguje tą orkiestrą.

Spektakl „Amadeusz” jest gigantycznym przedsięwzięciem organizacyjnym, finansowym i ludzkim. Na scenie jednocześnie w wielu scenach pojawia się ponad siedemdziesiąt osób. Jakie są perspektywy tego spektaklu?

Nie wiem, bo szczegółów finansowych nie znam, ale przypuszczam, że część tych kosztów się zwraca. I to chyba duża część. Wszystkie spektakle gramy przy pełnej widowni. Bilety są bardzo drogie.

Walka o wejściówki zaczyna przypominać atmosferę w Teatrze Dramatycznym z dawnych czasów Warszawskich Spotkań Teatralnych, kiedy przyjeżdżał Stary Teatr z Krakowa ze spektaklami Swinarskiego czy Wajdy, a widzowie zajmowali schody widowni i boki proscenium. 

Tu jeszcze nie siadają na scenie.

Ale nie wiadomo, czy we wrześniu, po wakacjach nie będą tak siadali. Tak, bo zainteresowanie jest ogromne, nie tylko warszawskiej publiczności. Wiemy, że przyjeżdżają widzowie z całego kraju, żeby obejrzeć ten spektakl. Istnieje nie tylko poczta pantoflowa, ale w dobie mediów społecznościowych, wiele osób po wizycie w teatrze pisze, że widzieli fantastyczny spektakl. Dostęp do tej informacji jest wówczas ogromny. Mam nadzieję, że po wakacjach to zainteresowanie spektaklem nie zniknie. Oby trwało to jak najdłużej, żebyśmy mogli grać, ponieważ ogrom pracy włożony w ten spektakl jest potężny, naprawdę kosztuje nas to dużo wysiłku. Jest też satysfakcja, kiedy po każdym spektaklu, po ostatniej scenie w czasie oklasków, ludzie wstają. Kiedy bardzo żywiołowo reagują na zakończenie, bo są poruszeni i zachwyceni. To jest też spełnienie aktorskich ambicji.

Wróćmy jeszcze do samego scenariusza. W dramacie Shaffera nie ma orkiestry grającej na żywo?

Sam Shaffer napisał, chyba sześć wersji teatralnych scenariusza, plus dodatkowy scenariusz filmowy, który istotnie różni się od naszej wersji. Nie wiem czy w pozostałych wersjach jest orkiestra czy nie. Myślę, że to zależy od realizatorów. I finansów oczywiście. Jednak najczęściej wykorzystuje się nagrania.

Tak naprawdę całą historię wymyślił Aleksander Puszkin i zapisał w dramacie jednoaktowym „Salieri i Mozart”. Jako główny motyw dramatu wykorzystał zasłyszaną informację, jakoby schorowany Salieri, umierając w trzydzieści cztery lata po śmierci Mozarta, bełkotał, że zabił Mozarta.

Tak, ale Puszkin skupił się tylko na tych dwóch postaciach. Tam byli tylko Salieri i Mozart. A tutaj mamy rozbudowaną historię, opowiedzianą na kilku płaszczyznach. Ważnym kontekstem jest w jaki sposób władza i polityka wpływają na los artysty, który albo ma wsparcie tej władzy i jest w stanie zaistnieć, albo mimo ogromnego talentu, poprzez pewne układy polityczno – towarzyskie, nie dojdzie nawet do głosu i nie będzie mógł komponować. Umiera w biedzie. Podobnych przykładów jest cała masa.
Oglądamy tutaj historię dwóch wybitnych muzyków, bo Salieri również był świetnym muzykiem i kompozytorem. I tylko Salieri był w stanie docenić geniusz Mozarta. Nikt z dworu, ani z najbliższego otoczenia dworu – w tej wersji scenariusza, o której rozmawiamy – nie jest w stanie docenić i dostrzec tego niezwykłego talentu.

Zarówno w filmie Miloša Formana, jak i w spektaklu teatralnym „Amadeusz”, główną postacią dramatu nie jest Mozart, a Salieri.

Bo to jest jego spowiedź.

Jego imaginacje, rozmowy z Bogiem i pretensje, że talentem, który powinien być jego udziałem, Bóg obdarzył Mozarta.

Tak, jest to opowieść Salieriego od początku do końca.

Wróćmy do Venticellich, postaci, które gracie z Łukaszem Lewandowskim. Postaci ważnych dla spektaklu teatralnego, zaskakujących wizerunkami i ekspresją działań scenicznych, które nie istnieją w scenariuszu filmu Formana.

Oni w scenariuszu teatralnym są plotkarzami. Ludźmi, którzy są opłacani przez Salieriego i przynoszą mu wszystkie informacje, które będzie mógł wykorzystać przeciw Mozartowi.

W filmie „Amadeusz” donoszeniem i wykradaniem tajemnic, a nawet nut, zajmuje się wynajęta i opłacana przez Salieriego służąca, która ma utrzymywać porządek w domu Mozarta.

Tak, w filmie jest to służąca. Nie wiem jak jest w innych scenariuszach teatralnych, bo znam tylko ten. Venticelli pełnią funkcję donosicieli, szpiegów. Każdy może ich opłacać i mogą pracować dla każdego. Nawiązując do pracy z Anią, ja i Łukasz zaczęliśmy myśleć, że nie są to postaci ze świata realnego, że można im nadać charakter bardziej metafizyczny. Pełnią rolę współczesnych mediów społecznościowych, ale tych negatywnych, takich, które wywołują konflikty i podziały.

Jak fake newsy?

Jak dobrze zauważył jeden z recenzentów, w pewnym sensie oni są podświadomością samego Salierego. Zachowują się w taki sposób, w jaki on na zewnątrz nigdy by sobie nie pozwolił. Przecież jest dystyngowany, trzyma się norm. Wydawałoby się, że jest cudownym, wspaniałym człowiekiem. Mogłoby się tak wydawać. A tak naprawdę te dwa demony, Venticelli, są też jego projekcją. Samym złem, które w tej głowie jest budzącą się zazdrością, budzącymi się chęciami zamordowania, czy może tylko zniszczenia kariery Mozarta. Jednocześnie pełnią funkcję komentatorów, rozpoczynają spektakl i kończą go. Ale oni też są ucieleśnieniem czegoś najgorszego w ludzkim charakterze i zachowaniu, i tu Ania pozwoliła nam rozbudować takie ich znaczenie w spektaklu.

Jakie są twoje oczekiwania na nowy sezon?

Nic jeszcze nie wiemy. Kilka dni temu zakończył się sezon Nie mamy żadnych informacji od nowej dyrekcji dotyczących przyszłego sezonu. Mam nadzieję, że ta współpraca będzie się dobrze układała i że będziemy wszyscy dbali o dobrą jakość spektakli tego teatru.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Dziękuję bardzo.

 

Na zdjęciu Sławomir Grzymkowski jako Venticello w spektaklu „Amadeusz” w reżyserii Anny Wieczur,

fot. Tomasz Ostrowski