loader image

Julia Skrzynecka i Rafał Budnik

fot. Tomasz Ostrowski

„PTAK ZIELONOPIORY” w reżyserii Jarosława Kiliana. Premiera 11 kwietnia 2019. TEATR LALKA

SCENOGRAF ZALEŻNY JEST OD PRACOWNI
Rozmowa z Julią Skrzynecką (scenografką) i Rafałem Budnikiem (rzeźbiarzem i konstruktorem lalek) przed premierą spektaklu „Ptak zielonopióry”.

Tomasz Ostrowski: Ma Pani duże doświadczenie teatralne, zrealizowanych kilkadziesiąt scenografii zarówno w teatrach dla młodego widza, w teatrach dramatycznych a także na scenach operowych. Proszę powiedzieć z jakimi problemami spotyka się Pani w trakcie realizacji scenografii teatralnych.

Julia Skrzynecka: Największym dla mnie problemem w tej chwili jest fakt, że odchodzą z teatrów ludzie, którzy coś potrafią, zamiera rzemiosło teatralne w Polsce, nie ma fachowców, nie ma z kim współpracować. W tej chwili mam przyjemność w Teatrze Lalka pracować z najlepszym rzeźbiarzem modelatorem w tym kraju Panem Rafałem Budnikiem, który jest osobą niesłychanie skromną, ale robi rzeczy niezwykle piękne. Pracuję w teatrach od piętnastu lat i nie widziałam tak pięknych rzeczy.
Dużym problemem w teatrach jest wymieranie specjalistycznych pracowni, bo też teatrów nie stać jest na utrzymanie ludzi na etatach. Nie ma też szkół specjalistycznych.

Myślę również, że w wielu teatrach nie docenia się rangi rzemiosła teatralnego. Wykonywanie dekoracji, rekwizytów, kostiumów na zewnątrz jest dużo droższe i nie daje efektów takich jakie można oczekiwać po wybitnych artystach rzemieślnikach teatralnych jakich jeszcze do niedawna wielu spotykaliśmy w pracowniach teatralnych.

J.S. Zgadzam się z Panem. Ja w tej chwili przeżywam koszmar, mamy 2 dni do premiery, jesteśmy zupełnie nie gotowi ze scenografią, ponieważ każdy element scenografii i rekwizyt robi ktoś inny w tym kraju, bo chcieliśmy to zrobić na wysokim poziomie. Wiemy do kogo się zgłosić, ale są to ostanie osoby, które mogą nam pomóc ale jest niesłychanie ciężko skoordynować taką produkcję nie mając na miejscu ludzi i fachowców, rzemieślników artystów. My niesłychanie się meczymy.

Moim zdaniem problem polega na zarządzaniu kulturą. Nie ma ludzi odpowiedzialnych za teatry, którzy by interesowali się rzeczywistymi problemami teatrów, którzy by odwiedzali pracownie techniczne i poznawali rzeczywiste problemy. Starali się wprowadzać racjonalne przepisy ułatwiające gospodarne ale przede wszystkim w pełni artystyczne zarządzanie teatrami. W wielu teatrach to już ostatnie pracownie. Aktualnie coraz więcej teatrów nie ma żadnej pracowni dekoratorskiej. Mimo, że dużo drożej, to łatwiej jest opłacać usługi na zewnątrz, bo to nie obciąża funduszu płac i jest opłacane z innej puli zdobywanych środków. System jest całkowicie chory.

J.S. Wynagrodzenia w teatrach są tak niskie, że młodzi ludzie nie chcą pracować za tak upokarzające pieniądze, więc nie przychodzą uczyć się od starych wielkich mistrzów. Jak starzy odchodzą to nie ma już nikogo, kto mógłby ich zastąpić.

Odwracając sytuację, gdy wiemy, że starzy mistrzowie zbliżają się do wieku emerytalnego, na kilka lat przed ich odejściem powinno się zatrudniać młodych ludzi dla przyuczania do zawodu. O to mają często pretensje odchodzący mistrzowie, że nie dano im szansy pozostawienia po sobie następców.

J.S.Tak, ale dyrekcje teatrów zazwyczaj się cieszą, że ludzie odchodzą i że stanowisko likwidują. Wynika to z faktu wielkiego niedofinansowania teatrów. Zamiera sztuka, zamierają rzemiosła, które w europie zachodniej są niesłychanie cenione. U nas jak odchodzi na emeryturę artysta, który potrafi potrafi malować horyzonty na tiulu, to już nikt po nim nie potrafi tego zrobić. Wraz z odejściem artystów rzemieślników zamierają technologie.

Takie na przykład rzemiosło jak farbowanie tkanin na potrzeby sceniczne. Nie wiem, czy jeszcze poza Teatrem Wielkim Operą Narodową jest jeszcze w innym mieście teatralna pracownia farbiarska.

J.S. Pan Zbyszek właśnie odszedł z tej pracowni na emeryturę, pozostało po nim dwóch uczniów, ale jest to ostatnia farbiarnia teatralna w Polsce

Wróćmy do spektaklu „Ptak złotopióry”. Sycylijskie marionetki wywodzą się z komedii dell’arte.

J.S. Tak, to był pomysł reżysera Jarosława Kiliana. Wiedząc, że współpracujemy z Panem Rafałem Budnikiem mieliśmy świadomość że możemy sobie pozwolić na wyjątkowo piękne i bardzo trudne lalki jakimi są sycylijki. To był pomysł reżysera, żeby stworzyć całą scenografię, lalki i kostiumy w klimacie XVI wiecznej komedii dell’arte.

Jest Pan rzeźbiarzem, konstruktorem lalkowym. Jak to się zaczęło, czy od rzeźbiarstwa? Jak Pan dochodził do swojego obecnego zawodu? Gdy Pan zaczynał swoją edukację nie było już jedynej artystycznej szkoły dla rzemieślników teatralnych PLTT (Państwowego Liceum Technik Teatralnych) rozwiązanego przez Ministerstwo Kultury i Sztuki w roku 1969 ze względu na zbyt wysoki poziom artystyczny.

Rafał Budnik: Zacząłem od stolarstwa, a generalnie od modelarstwa. Nauczyłem się jako modelarz wzorcowy i odlewniczy. Miałem robić prototypy samolotów albo samochodów, ale w końcu wylądowałem w teatrze. W roku 1990 na lalkarstwo ukierunkowali mnie: Eva Farkašová i Pavel Hubička, wybitni scenografowie: Słowaczka i Czech. W Czechach i na Słowacji bardzo dbają o rzemieślników teatralnych. Jeżeli kończy się jakieś pokolenie, gdy wiadomo, że specjalista rzemieślnik odejdzie na emeryturę z którejś z pracowni, pięć lat wcześniej a niekiedy jeszcze więcej jest przyjmowany konstruktor, który już ma się uczyć, wiedzieć co, czym, jak. Oczywiście dostaje dłuta po mistrzu. Wie co z tym zrobić. W Polsce stale redukuje się etaty w pracowniach technicznych. Specjaliści umierają nie pozostawiając następców. Sytuacja z miesiąca na miesiąc jest coraz gorsza.

W praktyce teatralnej oznacza to, że coraz częściej do polskich premier zamawia się lalki w Czechach i na Słowacji.
Wiem, że ma Pan bardzo duże doświadczenie teatralne. Współpracuje Pan z wieloma teatrami. Jest Pan nauczycielem zawodu. Prowadzi Pan warsztaty „Kontrukcja lalek teatralnych” w Szkole Konstruktorów Lalkowych przy Teatrze Animacji w Poznaniu. Jakie ma Pan doświadczenia z pracy w różnych teatrach?

R.B. Ludzie w teatrach są niedoceniani. To jest największy kłopot. Płace są bardzo niskie. Pracowników traktuje się w taki sposób, że jeśli już są zatrudnieni to muszą wykonywać praktycznie wszystko. Nie mogą skupić się wyłącznie na lalkach. Często są do tego przymuszani wbrew ich woli. Muszą pracować w trudnych technikach, na przykład wykonywanie laminatów, żywic bez odpowiednich zabezpieczeń, bez wentylacji, bez specjalistycznego zaplecza. Zniechęcają się i uciekają z teatrów. Powinno się to wykonywać w bezpiecznych pomieszczeniach i za odpowiednie wynagrodzenie.

J.S. Chciałam dopowiedzieć, że są to zwykle prawdziwi artyści. W teatrze zostają ludzie, którzy bardzo teatr kochają. Nie robią tego dla pieniędzy. Brak szacunku wobec nich jest czymś niesłychanie bolesnym.

R.B. Ja po 27 latach pracy w teatrze ze stanowiska rzeźbiarza, konstruktora, metaloplastyka, czasem szewca, robiłem wszystko co się da zrobić w ramach teatralnych pracowni, odchodziłem z gażą dwa tysiące trzysta złotych. Często praca w teatrze nie zamyka się w ośmiu godzinach. Czasem to jest to 12 godzin a czasem 16 godzin, zwłaszcza przed premierami. Oczywiście tych godzin się nie wypłaca, tylko odbiera się w rozliczeniu godzina za godzinę.

Czy w ramach prowadzonych w Poznaniu warsztatów ma Pan dużo chętnych do nauki?

R.B. Duże jest zainteresowanie tymi warsztatami. Niektórzy uczestnicy są tam z woli teatrów, częściowo są tam osoby po scenografii teatralnej, po lalkach, częściowo są to pracownicy domów kultury, którzy pracują z dziećmi. A są też aktorzy lalkarze, jak na przykład występująca w spektaklu „Ptak zielonopióry” Olga Ryl-Krystianowska, która była na ostatnich warsztatach. Organizując te warsztaty najbardziej zależało Panu Markowi Waszkielowi, żeby adresować je w pierwszej kolejności do pracowni teatralnych, żeby nie zatracić w teatrach umiejętności konstruowania i rzeźbienia lalek.

W spektaklu „Ptak złotopióry” zobaczymy marionetki sycylijskie. Najstarsza rytualna marionetka sycylijska (kukła à rebours) noszona jest za pomocą druta wychodzącego z głowy a luźno przytwierdzone członki poruszane są bezwładnościowo zgodnie z działaniem praw grawitacyjnych. Tu już mamy do czynienia z marionetką sycylijską zmodyfikowaną. Ile takich lalek zaprojektowała Pani Julia i ile zobaczymy na scenie? 

R.B. W spektaklu zobaczymy 12 marionetek. Często już w średniowieczu marionetki sycylijskie miały dodatkowo druty pozwalające animować ręce, miecz i tarczę. Tutaj mamy drut wychodzący z głowy, ręce i nogi podwieszone na niciach. Są to marionetki technologicznie kombinowane. Są trochę takie jak belgijki. Jest też taki rodzaj lalek.

Czy marionetki sprawiają duży kłopot aktorom?

R.B. Najważniejsza jest waga marionetek. Niektóre lalki są w zbrojach. Starałem się jak najbardziej ograniczać wagę. Jak wyrzeźbię z drewna zawsze lalkę ważę. Na przykład Renzo ważył 700 gram, ale jak dołożyłem zbroję to już waży 1 kilogram 500 gram. Może nawet nieco więcej. Zbroja musi być klepana z blachy o grubości minimum 4/10 mm, żeby wyprofilować właściwy kształt. Wystukać młotkiem na tyle, żeby blacha się poddała i profilowała. Głowy są zawsze rzeźbione są w drewnie.

Mieszka Pan w Bielsko-Biała i wędruje Pan od teatru do teatru?

R.B. Tak dużo się przemieszczam pomiędzy teatrami lalkowymi, teatrami dramatycznymi a nawet operowymi, teraz nieco więcej pracuję za granicą na Bałkanach, na Słowacji, w Czechach i w Niemczech.

J.S. Scenograf w teatrze zależny jest od pracowni. Jeśli nie ma w teatrze pracowni, jeśli nie ma wspaniałych artystów rzemieślników, także zamiera sztuka scenografii. Jeśli scenografia składa się z kanapy przywiezionej z IKEI i ubrań – a to nie kostiumy – kupionych gdziekolwiek w sklepach, przestaje to być sztuka, przestaje to być teatr.

Jak wyglądała współpraca pomiędzy Panią a Panem Rafałem?

J.S. Pan Rafał otrzymał projekty za późno i w niesłychanie szybkim tempie przepięknie te lalki wyrzeźbił. Pracujemy na najwyższych obrotach. Już ostatnio po 20 godzin na dobę, żeby zdążyć do premiery. Na wszystko mamy trochę za mało czasu. Przepraszam, że znowu powiem tak martyrologicznie. Wszystko z braku pieniędzy. Bo gdyby było normalnie, premiery mogłyby odbywać się rzadziej, na wszystko byłoby więcej czasu. Teatr musi grać, żeby się utrzymać. Ciągle non stop I ciągle nowe rzeczy. Premiera w tym teatrze jest prawie co miesiąc. Próby sceniczne trwały na scenie około miesiąca. Teatr nie ma sali prób. Z lalkami aktorzy pracują od niedawna. Oni też są wrzuceni na głęboką wodę ponieważ lalki dostają za późno, w ostatniej chwili. Aktorzy są niesłychanie zaangażowani w ten projekt bo w niego wierzą. Chodzą cały dzień ze swoimi lalkami i się ich uczą a lalki uczą się aktorów. Mój ukochany profesor Marcin Jarnuszkiewicz twierdził, że lalki mają dusze, więc uczą się siebie nawzajem

Co następnego ma Pani w swoim zawodowych planach?

J.S. Następną premierę będę miała w Bydgoskiej Operze NOVA. Będzie to Straszny Dwór Stanisława Moniuszki. Premiera już 27.04.2019.

Już bez lalek?

J.S. Bez lalek, chociaż może tam się jakiś drobny element lalkowy pojawi.

Bardzo serdecznie dziękuję Państwu za rozmowę.

Rozmowa z Julią Skrzynecką i Rafałem Budnikiem
Rozmowa z Julią Skrzynecką i Rafałem Budnikiem
Rozmowa z Julią Skrzynecką i Rafałem Budnikiem
fot. Tomasz Ostrowski